Salinger vel Kosynier.

•26 Maj 2017 • Dodaj komentarz

‚Then, in the window almost right over his, I saw a man and a woman squirting water out of their mouths at each other. It probably was highballs, not water, but I couldn’t see what they had in their glasses. Anyway, first he’d take a swallow and squirt it all over her, then she did it to him–they took turns, for God’s sake. You should’ve seen them. They were in hysterics the whole time, like it was the funniest thing that ever happened. I’m not kidding, the hotel was lousy with perverts. I was probably the only normal bastard in the whole place–and that isn’t saying much. I damn near sent a telegram to old Stradlater telling him to take the first train to New York. He’d have been the king of the hotel. The trouble was, that kind of junk is sort of fascinating to watch, even if you don’t want it to be. For instance, that girl that was getting water squirted all over her face, she was pretty good-looking. I mean that’s my big trouble. In my mind, I’m probably the biggest sex maniac you ever saw. Sometimes I can think of very crumby stuff I wouldn’t mind doing if the opportunity came up. I can even see how it might be quite a lot of fun, in a crumby way, and if you were both sort of drunk and all, to get a girl and squirt water or something all over each other’s face. The thing is, though, I don’t like the idea. It stinks, if you analyze it. I think if you don’t really like a girl, you shouldn’t horse around with her at all, and if you do like her, then you’re supposed to like her face, and if you like her face, you ought to be careful about doing crumby stuff to it, like squirting water all over it. It’s really too bad that so much crumby stuff is a lot of fun sometimes. Girls aren’t too much help, either, when you start trying not to get too crumby, when you start trying not to spoil anything really good. I knew this one girl, a couple of years ago, that was even crumbier than I was. Boy, was she crumby! We had a lot of fun, though, for a while, in a crumby way. Sex is something I really don’t understand too hot. You never know where the hell you are. I keep making up these sex rules for myself, and then I break them right away. Last year I made a rule that I was going to quit horsing around with girls that, deep down, gave me a pain in the ass. I broke it, though, the same week I made it–the same night, as a matter of fact. I spent the whole night necking with a terrible phony named Anne Louise Sherman. Sex is something I just don’t understand. I swear to God I don’t.’

Reklamy

O czym myślę gdy nie mogę spać w nocy. (Uwaga, bdżydko mówio)

•7 kwietnia 2017 • Dodaj komentarz

Zastanawiasz się jak boli rana postrzałowa? Jakie to uczucie? Hmmm… A wyciskałeś kiedyś pryszcza jako nastolatek? Wiesz, takiego jebitnego białasa, którego musiałeś docisnąć niczym Pudzian dociskał Najmana, a wtedy on strzelił jak Rocco… w sensie, że ten oprych. No sam przecież rozumiesz. I wyobraź sobie, że myślałeś, iż się tego syfa pozbyłeś. Tej zatrważającej, tej dojmującej ujmy na młodzieńczym, nieopierzonym honorze, niepewnym jeszcze jak nitka makaronu podczas deszczu. Ale nie. On się schował. Ukrył. I pracował. Cisnął i pompował. Jak Rocky Balboa. Jak Apollo Creed. Jak Pan Hilary Swank. Jak Tommy Lee Jones w Ściganym. I w końcu, po latach, taki rozjebany do rozmiarów niemożebnych, niczym trzydrzwiowy wardrobe  bogatej ciotki z Juesej wraca, twardy niczym… Rocco. No sam rozumiesz… No i wpierdala się z powrotem w tę małą dziurkę, w ten por skórny, i dalej, we włókna mięśni, gąbczastą strukturę zniszczonych czasem i życia używaniem kości, wybija szpik, szaleje po ciele niczym niespodzianka dla JFK w piękny słoneczny dzień jak ze snu. Amerykańskiego. I. I znowu cię opuszcza. Ostatecznie ląduje na ziemi, oblepiony twoimi bebechami. Na początku jeszcze ciepły ale błyskawicznie stygnie. Trochę jak ty od czasu gdy wycisnąłeś swojego ostatniego nastoletniego pryszcza.

Baja, nie? 1 z

•28 lutego 2017 • Dodaj komentarz

Kiedy wstałem uchyliłem lekko rąbek zasłony by zorientować się jaka właściwie może być pora dnia. Po aurze panującej za oknem trudno jednak było stwierdzić czy słońce jeszcze nie wstało czy już znowu zdążyło zajść. Czy w ogóle istnieje. Stałem boso na zimnych kafelkach, odczuwając niewysłowioną ulgę z chłodzenia w ten sposób rozpalonego ciała. Z przeraźliwym bólem głowy i suchością w ustach. Spojrzałem na Ciebie leżącą w łóżku. Na brzuchu, z jedną nogą ugiętą w kolanie, a rękami zgiętymi w łokciach i dłońmi wsuniętymi głęboko pod poduszkę. Prześcieradło gdzieś zniknęło w skraju łóżka pod ścianą, a fragment absurdalnie skłębionej i skotłowanej kołdry ledwie zakrywał Twoje pośladki. Miałaś na sobie jedynie moją czerwoną, kraciastą koszulę w której chodziłem jeszcze w gimnazjum. Znałem ten widok doskonale. Sprzed lat. I zawsze towarzyszyło mu to samo uczucie frustracji. I złości. Dazed and confused. Fear and loathing. Rozumiesz. Zmieniały się tylko kolory włosów. No i teraz również źródło owych odczuć. Bo tym razem nie pragnąłem za wszelką cenę zostać sam, aby żywy dowód mojego skurwysyństwa i moralnego upadku zniknął i żebym mógł w spokoju pławić się w konaniu gdy cała chemia zażyta parę godzin wcześniej powoli opuszczała moje ciało. Tym razem nie czułem tak ogromnej bezsilności i złości na siebie, że, jak kiedyś, powodowałyby żądzę mordu. Teraz źródłem tego wszystkiego. Tego smutku. Oraz strachu. Dojmującego strachu. Była myśl, że gdy tylko się obudzisz zrobisz to czego pragnąłem od niemal każdej przed Tobą. Odejdziesz. I znikniesz na „nie wiadomo jak długo”. Wygląda na to, że jesteś mną. Karma jest dla psów. I zdecydowanie nie pomaga też widok resztek Twojego tuszu do rzęs rozmazanego na kafelkach pod prysznicem, który widzę wchodząc do łazienki by zanurzyć twarz w lodowatej wodzie. Rozmazanego na ich zimnej tafli gdy pijani pierdoliliśmy się pod nim w nocy. Trzymając Cię za te absurdalnie grube i czarne włosy. Dociskając Twoją twarz policzkiem do zimnej ściany. Podczas gdy niemal wrząca woda zalewała nasze ciała.

 

Krótka historia o dyskursie polityczno-społecznym A.D. 2017

•24 lutego 2017 • Dodaj komentarz

Czyli krótka przypowieść:

Byli sobie kiedyś Jasio i Joasia. Bardzo się lubili, spędzali razem czas, bawili. I jedli podwieczorki. Pewnego dnia umówili się, że jutro zjedzą owoce, bo te są zdrowe, wegetariańskie i nie zawierają glutenu, a oboje chcą być fit. Dzień później Jasio wziął zatem z domu bananka, a Joasia brzoskwinkę. Pech chciał, że w drodze do szkoły pewien ananas imieniem Jarek zaszedł Joasi drogę i powiedział:

– Cześć Joasiu, co masz w kieszonce?

– Nic takiego Jarku, tylko brzoskiwnkę, a Ty przecież nie lubisz brzoskwinek, Twój kotek też ich nie jada.

– To nic, od teraz Twoja brzoskwinka należy do mnie.

Po czym odebrał Joasi brzoskwinkę i spierdolił do swojej groty u podnóża Góry Ciemnoty… ekhm, Góry Ciemności.

Joasia przyszła do szkoły smutna i zdenerwowana. Do czasu podwieczorku jeszcze zgłodniała co spowodowało, że była poirytowana. Nie pomógł widok Jasia z satysfakcją opitalającego swojego bananka. Pod drzewem na którym rosły węże. W jakimś dziwnym amoku smutku, złości i frustracji, poczuciu społecznej niesprawiedliwości wytrąciła z dłoni Jasia bananka i zdeptała go na mokrą miazgę. Bananka, nie Jasia.

Teraz było sprawiedliwie – Joasia nie miała brzoskwinki, a Jasio nie miał bananka.

Tylko, że Jasio teraz jest smutny bo lubił swojego bananka. I Joasię. Ale teraz już jej nie lubi, a Joasia jest smutna bo lubiła Jasia, a teraz nie może się z nim już bawić.

A co z Jarkiem? Jarek brzoskwinkę wyrzucił, a jego kot znalazł i pożarł rozdeptanego, miękkiego, bezużytecznego bananka Jasia.

Jaki z tego morał? Poza tym, że Jarek jest kutasem?

 

***

Czaisz?

***

A teraz już dosłownie. Kiedy już znowu tabletki „dzień po” będą dostępne bez recepty to proponuję ograniczyć dostęp do nich osobom posługującym się argumentem, że skoro owe są tylko na receptę to generyki Viagry też powinny być, bo najwyraźniej mentalnie wciąż nie przekroczyły piętnastego roku życia.

Połowa z 69 bez 1. z4 co?

•22 stycznia 2017 • Dodaj komentarz

Już mnie to nawet nie bawi. To przyzwyczajenie. Czy gardzę sobą? Czy się nienawidzę? Tak było póki byłem absolutnie niewinny, a wręcz ofiarą zbyt dobrego wychowania – pełnego wpajania szczytnych idei i szacunku. Potem to zarzuciłem – stałem się w końcu normalnym człowiekiem – ze zdrowymi proporcjami miłości do siebie i zbytniego nie nienawidzenia bliźnich.

No i zawsze przecież było tak wielu gorszych ode mnie.

Tylko, że wyszła ta sprawa z lustrem. No i snami. Trochę już jestem zmęczony ganianiem się z martwymi dziadkami od zmierzchu do świtu. Co noc doprowadzając ich znowu do zgonu. I tych przewracających się PRL-owskich wieżowców z których zawsze wypadam przez balkon. Patrząc w trochę smutne, a trochę gardzące mną oczy babci. Albo mamy. I jeszcze parę innych snów mnie męczy. O to bliskie i tak bardzo błękitnie przytłaczające niebo nad upadającym wieżowcem. Bardziej. Ale nawet ja, tutaj, wstydzę się o nich pisać. Papier jest na nie zbyt cienki. Długopis za ostry. A czcionki w komputerze zbyt duże. Dość, że sen męczy bardziej aniżeli jawa.

I, w sumie, to jest dobrze – nie muszę już zgryzać tynku ze ścian, czy liczyć 50-groszówek przed randką z której i tak ucieknę przed śniadaniem. W sumie to już nawet nie mam ochoty. W sumie to chciałbym nie myśleć.

Jak to było?

„Nie chcę myśleć bo myślenie powoduje depresję” – tak jak nie lubię Warchoła to to mu wyszło. Trywialnie.

2z4

•7 stycznia 2017 • Dodaj komentarz

A ludzie mnie rozpoznają. I patrzą na mnie. Obserwują. I wodzą za mną wzrokiem. Gdy ich mijam. Obracają się. I patrzą. I pokazują palcami. Za moimi plecami. I to nie przez maść cynkową na czubku nosa, lukier na wąsach. Czy rozpięty rozporek. No może to ostatnie trochę tak. Ale głównie przez brud… ogólny? Cisnęło się na papier, że brudną duszę – no ale, kurwa, proszę was – nie bądźmy śmieszni. Jaką duszę? Chyba, że inną – w tę jestem w stanie uwierzyć. Kiedyś byłem dobry w szastaniu górnolotnymi słowami: mówiłem o istnieniu, o początku i końcu, tym co namacalne i o tym co wymyka się spod słów.

I, jak to mawia stare węgierskie porzekadło, chuja z tego miałem. Teraz natomiast stałem się drobnym rzezimieszkiem słowa. Kieszonkowcem emocji czyhającym bezczelnie na bezbronne staruszki i małe dziewczynki. Kradnę im z torebek kukułki, odbieram lizaki i po jednym polizaniu wyrzucam do rynsztoka.

 

I chcę spać. Chować się. W małej, ciasnej, mysiej dziurze. Gdzie nie słychać spadającej szpilki. Ani nie widać gwiazdy. Z dala od pułapek na myszy, szczury i tygrysy. W igloo. Z powoli przemijającymi chłodem i białą pustką, a nadchodzącą kojącą błogością. Snem.

1z4.

•4 stycznia 2017 • Dodaj komentarz

Nigdy nie sądziłem, że to powiedzenie o niemożności spojrzenia sobie w lustrze w twarz ze względu na nieczyste postępki, a co najmniej niemoralne, nie jest jedynie jakąś figurą retoryczną, tym jakże wdzięcznie i dźwięcznie brzmiącym figure of speech, a dosłownym, bardzo realnym doznaniem. Zawsze to „jak ty możesz spojrzeć sobie w oczy w lustrze” leżało gdzieś obok stwierdzeń typu: „za żadne skarby”, „po moim trupie” czy „póki śmierć nas nie rozłączy”. No wiecie, takie ple-ple, pitu-pitu, trochę o śmierci i życiu, czasem o bogu by powagi nadać ale, nie oszukujmy się, po prostu soczyste sranie w banie. I nie wiem czy to jesienna chandra, długa samotność czy ograniczanie znieczulenia ale nie jestem od jakiegoś czasu w stanie przez dłuższą chwilę znieść własnego spojrzenia.

I na tym koniec części pierwszej. Bo mi się nie chce przepisywać. Bo-bo. Bo mnie wkurwia, że strona rękopisu jest takim pierdolonym niczym w porównaniu z tym komputerowym, cyfrowym ideałem zapisu. Jakbym spotkał to bym zajebał. Gutenberga.